Strona Główna

Na polnej ścieżce, tuż pod lasem w niewielkiej miejscowości Buda Ruska, spotykamy myśliwego w kapeluszu z piórkiem. Idzie, trzymając starą flintę z uczuciem miłości, co widać na jego szczerej, rumianej i obdarzonej sumiastym wąsem twarzy. Gdyby nie ten wąs to pewnie nikt z was nie popełniłby tego błędu co my. Nie ukłoniliśmy się emerytowanemu prezydentowi Polski, Bolesławowi Komorowskiemu.

Swoją pomyłkę uświadomiliśmy sobie w drodze powrotnej, już w samochodzie. Podróż sprzyja rozmowom i myśleniu, dlatego wspomnienia związane z tą barwną postacią popłynęły niczym wartki górski strumień. Nie mogło być inaczej, bo to przecież postać obecna przez wiele lat w naszej polityce.

Droga na szczyt

KomorowskiW młodości nic nie zapowiadało brzucha i wąsa, jakie znaliśmy z końca urzędowania w roli prezydenta Polski. Harcerstwo, studia, opozycja demokratyczna. Komorowski był gdzieś w akcji, raczej w drugim szeregu, ale wciąż piął się do góry. Po szczeblach politycznej kariery doszedł do funkcji przeznaczonej dla zasłużonych, którzy raczej potrzebują już odpoczynku od codziennego zabiegania. Marszałek Sejmu to przecież arbiter tonujący zbyt ostre zagrywki prawdziwych zawodników. Wszystko było w jak najlepszym porządku, niestety – 10 kwietnia 2010 roku wydarzyła się okropna tragedia. W jej wyniku spokojne życie Bronisława Komorowskiego zmieniło się diametralnie.

Prezydent z wypadku

Następne 5 lat jego życia na pewno zapamięta na zawsze. W końcu prezydentura, sprawowana z wdziękiem i gracją zaczerpniętą od Lecha Wałęsy, obfitowała w wiele wspaniałych momentów. Wprowadzone przez prezydenta Komorowskiego zmiany w naszym kraju zmieniły jego oblicze na długo, co można łatwo zobaczyć uważnie patrząc dookoła.

Dobre złego początki nie zapowiadały tego, co miało jeszcze nastąpić. Zablokowanie szkodliwej ustawy o nasiennictwie czy poparcie dla zapisu nakazującego urzędnikom skarbowym rozstrzyganie wątpliwości na korzyść przedsiębiorców zapowiadały wręcz świeży powiew w dość przecież zatęchłym światku polskiej polityki. Niestety, okazało się po raz kolejny, że Donald Tusk to trener selekcjoner dobrze znający się na zawodnikach w swojej drużyny. Bronisław Komorowski trafił tam, gdzie trafił by odpocząć po trudach całego życia.

Choroba japońska

Choroba Japońska KomorowskiegoO ile jednak będąc prezydentem Bronisław Komorowski odpoczywał i biesiadował głównie, o tyle swoim poddanym nie chciał na to pozwolić. Nie protestował w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego, a nawet dzieci zmusił do tego, by już w wieku 6 lat zaczęły szkołę. Zresztą, ze szkołą też pan prezydent chyba był nieco na bakier, bo pisanie w księgach pamiątkowych pokazało prawdziwe pamiątki. W końcu nie co dzień prezydent państwa robi błędy ortograficzne pisząc w swoim języku w obcych państwach. Cały zresztą wyjazd do Japonii to coś, co można by bez przesady określić jako chorobę japońską prezydenta Komorowskiego, tak widoczne były jej objawy.

Wierny do końca

Jako prezydent Bronisław Komorowski niewątpliwie zapisał się także jako świetny strażnik powierzonych mu dóbr. Tak przejmował się rolą, że nie potrafił rozstać się z wieloma rzeczami nawet po przeprowadzce. I dziś musi za to płacić, obchodząc swoją posiadłość z flintą, by odstraszać potencjalnych amatorów cudzych żyrandoli. Widać w tym upór i skuteczność towarzyszącą mu przez cały okres rządzenia naszym krajem. To należy cenić i liczyć na to, że w tej roli pozostanie już na zawsze.